niedziela, 29 kwietnia 2012
Old Man
OLD MAN
Old man look at my life,
I'm a lot like you were.
Old man look at my life,
I'm a lot like you were.
Old man look at my life,
Twenty four and there's so much more
Live alone in a paradise
That makes me think of two.
Love lost, such a cost,
Give me things that don't get lost.
Like a coin that won't get tossed
Rolling home to you.
Old man take a look at my life I'm a lot like you
I need someone to love me the whole day through
Ah, one look in my eyes and you can tell that's true.
Lullabies, look in your eyes,
Run around the same old town.
Doesn't mean that much to me
To mean that much to you.
I've been first and last
Look at how the time goes past.
But I'm all alone at last.
Rolling home to you.
Old man take a look at my life I'm a lot like you
I need someone to love me the whole day through
Ah, one look in my eyes and you can tell that's true.
Old man look at my life,
I'm a lot like you were.
Old man look at my life,
I'm a lot like you were.
Utwór o dziwnych losu kolejach z albumu "Harvest" z 1972 roku.
niedziela, 1 stycznia 2012
Birdman
Rare Birdman...
44 lata temu w Dzień Dziecka w prasie muzycznej pojawiła się notatka, zapowiadąjaca wydanie pierwszego singla grupy muzycznej o tajemniczej nazwie Giles, Giles & Fripp (bracia Michael Giles, Peter Giles oraz ich utalentowany kolega Robert Fripp). Już tydzień później do składu dołączył zasłużony muzyk orkiestr wojskowych Ian McDonald i tak to się Wszystko zaczęło...
Bezpośrednim efektem spotkania tych gentleman'ów był jedyny album owej formacji zatytułowany, a jakże: "The Cheerful Insanity of Giles,Giles & Fripp".
W dwa miesiące później, w listopadzie 1968 roku grupa rozpada się, a na powstałym w ten sposób kalorycznym nawozie kiełkuje nowy projekt o nazwie King Crimson.
Pierwszy album Króla na półki trafia dokładnie 10.10.1969 roku, a niespełna dwa miesiące później po ciężkiej nocy z 6 na 7 grudnia Jego zamek opuszczają Michael Giles i Ian McDonald, nie mogący znaleźć wspólnego języka z apodyktycznym Robertem...
Wiadomo, trochę szkoda, bo debiut KC był jedyny w swoim rodzaju i kto wie co mogłoby z tego wyniknąć.
Tak czy siak kończąc ten hagiograficzny wylew zmierzam do sedna, czyli do albumu formacji McDonald & Giles z roku 1970 pod takim właśnie tytułem.
Wydanie płyty McDonald and Giles" zbiegło się nieomal w czasie z wydaniem trzeciego krążka KC pod tytułem "Lizard" i można by długo rozwodzić się nad podobieństwami i różnicami obu zespołów ale to nie miejsce i nie czas na to. Dość będzie zacytować samego Michaela Giles'a: " Chcieliśmy stworzyć muzykę łagodniejszą, delikatniejszą, subtelniejszą, a ponadto, tak to ujmę, bardziej przyjazną kobiecie. Praca nad tą płytą była dla mnie uroczym przeżyciem!"
Cóż więcej dodać? Fakt. Płyta jest (na tle dokonań KC) nieomal popowym produktem, ale nie ujmuje to nic z jej niezaprzeczalnego uroku. W bogatym instrumentarium, poza klasycznymi pozycjami pojawiło się kilka ciekawostek. Michael: perkusja, ins. perkusyjne (min.: butelka mleka, gwizdek, piłka ręczna, czy choćby pudełko orzechów) oraz chórki, Ian: gitara, fortepian, organy, saksofony, flet, klarnet, cytra, śpiew i rozliczne hałasy (uff...)
Poza tym był jeszcze brat Michael'a Peter na basie, gościnnie Steve Winwood na klawiszach oraz Michael Blakesley na puzonie. Za aranżację i dyrygenturę sekcjami smyczkową i dętą w suicie "Birdman" możemy zaś być wdzięczni panu Mike'owi Gray'owi. Teksty na album napisał w większości nadworny tekściarz Karmazynowego Króla Pete Seinfeld.
Pośród zarejestrowanych utworów jest właśnie ten jeden, który pragnąłbym gorąco ocalić przed zgubą: suita "Birdman" - złożona z kilku przepięknych i bardzo różnych części historia pewnego jegomościa z miasteczka Walthamstowe, który postanowił ziścić wreszcie swoje marzenia o lataniu. To ponad 20 minut zmian stylów i temp, tworzących razem jedną z najbardziej niezapomnianych muzycznych podróży wszechczasów. King Crimson z pewnością nie powstydziłoby się "Birdmana" na którymś z wczesnych krążków...
Kariera zespołu McDonald and Giles niestety zakończyła się na tym jednym albumie i wcale nie poprawia mi humoru fakt, że takie też było założenie samych twórców... Założyć wreszcie swoje skrzydła i uciec przed wieczną zimą, gdzieś, gdzie nikt nic od nas nie chce... I gdzie nie ma Roberta Frippa...
44 lata temu w Dzień Dziecka w prasie muzycznej pojawiła się notatka, zapowiadąjaca wydanie pierwszego singla grupy muzycznej o tajemniczej nazwie Giles, Giles & Fripp (bracia Michael Giles, Peter Giles oraz ich utalentowany kolega Robert Fripp). Już tydzień później do składu dołączył zasłużony muzyk orkiestr wojskowych Ian McDonald i tak to się Wszystko zaczęło...
Bezpośrednim efektem spotkania tych gentleman'ów był jedyny album owej formacji zatytułowany, a jakże: "The Cheerful Insanity of Giles,Giles & Fripp".
W dwa miesiące później, w listopadzie 1968 roku grupa rozpada się, a na powstałym w ten sposób kalorycznym nawozie kiełkuje nowy projekt o nazwie King Crimson.
Pierwszy album Króla na półki trafia dokładnie 10.10.1969 roku, a niespełna dwa miesiące później po ciężkiej nocy z 6 na 7 grudnia Jego zamek opuszczają Michael Giles i Ian McDonald, nie mogący znaleźć wspólnego języka z apodyktycznym Robertem...
Wiadomo, trochę szkoda, bo debiut KC był jedyny w swoim rodzaju i kto wie co mogłoby z tego wyniknąć.
Tak czy siak kończąc ten hagiograficzny wylew zmierzam do sedna, czyli do albumu formacji McDonald & Giles z roku 1970 pod takim właśnie tytułem.
Wydanie płyty McDonald and Giles" zbiegło się nieomal w czasie z wydaniem trzeciego krążka KC pod tytułem "Lizard" i można by długo rozwodzić się nad podobieństwami i różnicami obu zespołów ale to nie miejsce i nie czas na to. Dość będzie zacytować samego Michaela Giles'a: " Chcieliśmy stworzyć muzykę łagodniejszą, delikatniejszą, subtelniejszą, a ponadto, tak to ujmę, bardziej przyjazną kobiecie. Praca nad tą płytą była dla mnie uroczym przeżyciem!"
Cóż więcej dodać? Fakt. Płyta jest (na tle dokonań KC) nieomal popowym produktem, ale nie ujmuje to nic z jej niezaprzeczalnego uroku. W bogatym instrumentarium, poza klasycznymi pozycjami pojawiło się kilka ciekawostek. Michael: perkusja, ins. perkusyjne (min.: butelka mleka, gwizdek, piłka ręczna, czy choćby pudełko orzechów) oraz chórki, Ian: gitara, fortepian, organy, saksofony, flet, klarnet, cytra, śpiew i rozliczne hałasy (uff...)
Poza tym był jeszcze brat Michael'a Peter na basie, gościnnie Steve Winwood na klawiszach oraz Michael Blakesley na puzonie. Za aranżację i dyrygenturę sekcjami smyczkową i dętą w suicie "Birdman" możemy zaś być wdzięczni panu Mike'owi Gray'owi. Teksty na album napisał w większości nadworny tekściarz Karmazynowego Króla Pete Seinfeld.
Pośród zarejestrowanych utworów jest właśnie ten jeden, który pragnąłbym gorąco ocalić przed zgubą: suita "Birdman" - złożona z kilku przepięknych i bardzo różnych części historia pewnego jegomościa z miasteczka Walthamstowe, który postanowił ziścić wreszcie swoje marzenia o lataniu. To ponad 20 minut zmian stylów i temp, tworzących razem jedną z najbardziej niezapomnianych muzycznych podróży wszechczasów. King Crimson z pewnością nie powstydziłoby się "Birdmana" na którymś z wczesnych krążków...
Kariera zespołu McDonald and Giles niestety zakończyła się na tym jednym albumie i wcale nie poprawia mi humoru fakt, że takie też było założenie samych twórców... Założyć wreszcie swoje skrzydła i uciec przed wieczną zimą, gdzieś, gdzie nikt nic od nas nie chce... I gdzie nie ma Roberta Frippa...
sobota, 10 grudnia 2011
In Held 'Twas In I
Rok 1972
Procol Harum - "In Held 'Twas In I"...
Z albumu "Live With The Edmonton Symphony Orchestra"
Dla ortodoksyjnych fanów, Filipów z konopii i wszystkich fonoministrantów...
Procol Harum - "In Held 'Twas In I"...
Z albumu "Live With The Edmonton Symphony Orchestra"
"Glimpses of Nirvana...
In the darkness of the night, only occasionally relieved by glimpses of Nirvana as seen through other people's windows, wallowing in a morass of self-despair made only more painful by the knowledge that all I am is of my own making ...
When everything around me, even the kitchen ceiling, has collapsed and crumbled without warning. And I am left, standing alive and well, looking up and wondering why and wherefore.
At a time like this, which exists maybe only for me, but is nonetheless real, if I can communicate, and in the telling and the bearing of my soul anything is gained, even though the words which I use are pretentious and make you cringe with embarrassment, let me remind you of the pilgrim who asked for an audience with the Dalai Lama.
He was told he must first spend five years in contemplation. After the five years, he was ushered into the Dalai Lama's presence, who said, 'Well, my son, what do you wish to know?' So the pilgrim said, 'I wish to know the meaning of life, father.'
And the Dalai Lama smiled and said, 'Well my son, life is like a beanstalk, isn't it?'
Held close by that which some despise
which some call fake, and others lies
And somewhat small
for one so tall
a doubting Thomas who would be?
It's written plain for all to see
for one who I am with no more
it's hard at times, it's awful raw
They say that Jesus healed the sick and helped the poor
and those unsure
believed his eyes
- a strange disguise
Still write it down, it might be read
nothing's better left unsaid
only sometimes, still no doubt
it's hard to see, it all works out
'Twas Tea-time at the Circus
'Twas tea-time at the circus: King Jimi, he was there
Through hoops he skipped, high wires he tripped, and all the while the glare
of the aching, baking spotlight beat down upon his cloak
and though the crowd clapped furiously they could not see the joke
'Twas tea-time at the circus, though some might not agree
as jugglers danced, and horses pranced and clowns clowned endlessly
But trunk to tail the elephants quite silent, never spoke
and though the crowd clapped desperately they could not see the joke
In the Autumn of My Madness
In the autumn of my madness when my hair is turning grey
for the milk has finally curdled and I've nothing left to say
When all my thoughts are spoken (save my last departing birds)
bring all my friends unto me and I'll strangle them with words
In the autumn of my madness which in coming won't be long
for the nights are now much darker and the daylight's not so strong
and the things which I believed in are no longer quite enough
for the knowing is much harder and the going's getting rough
Look to Your Soul
I know if I'd been wiser this would never have occurred
but I wallowed in my blindness so it's plain that I deserve
for the sin of self-indulgence when the truth was writ quite clear
I must spend my life amongst the dead who spend their lives in fear
of a death that they're not sure of, of a life they can't control
It's all so simple really if you just look to your soul
Some say that I'm a wise man, some think that I'm a fool
It doesn't matter either way: I'll be a wise man's fool
For the lesson lies in learning and by teaching I'll be taught
for there's nothing hidden anywhere, it's all there to be sought
And so if you know anything look closely at the time
at others who remain untrue and don't commit that crime..."
In the darkness of the night, only occasionally relieved by glimpses of Nirvana as seen through other people's windows, wallowing in a morass of self-despair made only more painful by the knowledge that all I am is of my own making ...
When everything around me, even the kitchen ceiling, has collapsed and crumbled without warning. And I am left, standing alive and well, looking up and wondering why and wherefore.
At a time like this, which exists maybe only for me, but is nonetheless real, if I can communicate, and in the telling and the bearing of my soul anything is gained, even though the words which I use are pretentious and make you cringe with embarrassment, let me remind you of the pilgrim who asked for an audience with the Dalai Lama.
He was told he must first spend five years in contemplation. After the five years, he was ushered into the Dalai Lama's presence, who said, 'Well, my son, what do you wish to know?' So the pilgrim said, 'I wish to know the meaning of life, father.'
And the Dalai Lama smiled and said, 'Well my son, life is like a beanstalk, isn't it?'
Held close by that which some despise
which some call fake, and others lies
And somewhat small
for one so tall
a doubting Thomas who would be?
It's written plain for all to see
for one who I am with no more
it's hard at times, it's awful raw
They say that Jesus healed the sick and helped the poor
and those unsure
believed his eyes
- a strange disguise
Still write it down, it might be read
nothing's better left unsaid
only sometimes, still no doubt
it's hard to see, it all works out
'Twas Tea-time at the Circus
'Twas tea-time at the circus: King Jimi, he was there
Through hoops he skipped, high wires he tripped, and all the while the glare
of the aching, baking spotlight beat down upon his cloak
and though the crowd clapped furiously they could not see the joke
'Twas tea-time at the circus, though some might not agree
as jugglers danced, and horses pranced and clowns clowned endlessly
But trunk to tail the elephants quite silent, never spoke
and though the crowd clapped desperately they could not see the joke
In the Autumn of My Madness
In the autumn of my madness when my hair is turning grey
for the milk has finally curdled and I've nothing left to say
When all my thoughts are spoken (save my last departing birds)
bring all my friends unto me and I'll strangle them with words
In the autumn of my madness which in coming won't be long
for the nights are now much darker and the daylight's not so strong
and the things which I believed in are no longer quite enough
for the knowing is much harder and the going's getting rough
Look to Your Soul
I know if I'd been wiser this would never have occurred
but I wallowed in my blindness so it's plain that I deserve
for the sin of self-indulgence when the truth was writ quite clear
I must spend my life amongst the dead who spend their lives in fear
of a death that they're not sure of, of a life they can't control
It's all so simple really if you just look to your soul
Some say that I'm a wise man, some think that I'm a fool
It doesn't matter either way: I'll be a wise man's fool
For the lesson lies in learning and by teaching I'll be taught
for there's nothing hidden anywhere, it's all there to be sought
And so if you know anything look closely at the time
at others who remain untrue and don't commit that crime..."
piątek, 9 grudnia 2011
Natural High
Znowóż ptak rzadkiej maści...Tonton Macoute...
Straszydło haitańskie, którym załamane mamy uspokajały swe nadpobudliwe pociechy, i którego imię notabene przetłumaczyć można na Dzieciojad...
Prawda, że zachęcająco?
Podobnie pomyślał haitański dyktator Francois Duvalier tworząc swe tajne oddziały ochotniczej milicji, które słynęły z niezwykłego okrucieństwa i siały grozę przez kilkadziesiąt lat. Stąd też pewnie wzięła się ich nazwa - Tonton Macoutes...Wyobraźcie sobie takiego ORMO-wca z maczetą...
Czym kierowali się założyciele brytyjskiej jazz-rockowej formacji nazywając się Dzieciojadem? Jest to pytanie retoryczne, tak samo jak pytanie dlaczego tylko jedna płyta?
Zespół powstał w 1971 roku, nagrał jedyny swój album (która to już taka historia) i słuch o nim zaginął. Z wielką szkodą dla fanów jazz-rocka i muzyki w ogóle... Na tym bezcennym krążku czeka na nas progresywny rock w połączeniu z ogromnymi dawkami różnego rodzaju jazzu, pełen fenomenalnych popisów instrumentalnych panów:
Paul French - piano, organy i wibrafon
Chris Gavin - bass i gitary
Dave Knowles - saxofony, flet i klarnet
oraz Nigel Reveler - perkusja
Utwory aż kipią pomysłami i różnorodnością. Nie ma na płycie dwóch podobnych stylistycznie kawałków, ale wysłuchanie tego magicznego albumu w całości upewnia nas jedynie o jego niezwykłej harmonii. Szkoda tylko, że zespół podzielił los swoich kolegów po fachu (Indian Summer, Spring) spod skrzydeł legendarnej wytwórni RCA i zakończyli karierę wkrótce po debiucie...
Utwory:
1.Just Like Stone
2.Don't Make Me Cry
3.Flying South In Winter
4.Dreams
5.You Make Me Jelly Roll
6.Natural High - pt 1
7.Natural High - pt 2
Poniżej link do połączonych ze sobą utworów 6 i 7, ale zachęcam niedowiarków do zapoznania się również z pierwszą 5.
Straszydło haitańskie, którym załamane mamy uspokajały swe nadpobudliwe pociechy, i którego imię notabene przetłumaczyć można na Dzieciojad...
Prawda, że zachęcająco?
Podobnie pomyślał haitański dyktator Francois Duvalier tworząc swe tajne oddziały ochotniczej milicji, które słynęły z niezwykłego okrucieństwa i siały grozę przez kilkadziesiąt lat. Stąd też pewnie wzięła się ich nazwa - Tonton Macoutes...Wyobraźcie sobie takiego ORMO-wca z maczetą...
Czym kierowali się założyciele brytyjskiej jazz-rockowej formacji nazywając się Dzieciojadem? Jest to pytanie retoryczne, tak samo jak pytanie dlaczego tylko jedna płyta?
Zespół powstał w 1971 roku, nagrał jedyny swój album (która to już taka historia) i słuch o nim zaginął. Z wielką szkodą dla fanów jazz-rocka i muzyki w ogóle... Na tym bezcennym krążku czeka na nas progresywny rock w połączeniu z ogromnymi dawkami różnego rodzaju jazzu, pełen fenomenalnych popisów instrumentalnych panów:
Paul French - piano, organy i wibrafon
Chris Gavin - bass i gitary
Dave Knowles - saxofony, flet i klarnet
oraz Nigel Reveler - perkusja
Utwory aż kipią pomysłami i różnorodnością. Nie ma na płycie dwóch podobnych stylistycznie kawałków, ale wysłuchanie tego magicznego albumu w całości upewnia nas jedynie o jego niezwykłej harmonii. Szkoda tylko, że zespół podzielił los swoich kolegów po fachu (Indian Summer, Spring) spod skrzydeł legendarnej wytwórni RCA i zakończyli karierę wkrótce po debiucie...
Utwory:
1.Just Like Stone
2.Don't Make Me Cry
3.Flying South In Winter
4.Dreams
5.You Make Me Jelly Roll
6.Natural High - pt 1
7.Natural High - pt 2
Poniżej link do połączonych ze sobą utworów 6 i 7, ale zachęcam niedowiarków do zapoznania się również z pierwszą 5.
czwartek, 24 listopada 2011
Coś we mnie drzemie
Kolejny z naszych ptasich dziwów jest okazem doprawdy wyjątkowym...
Oto trajektorią nad wyraz tajemną trafił wreszcie do nas jakoś z Wrocławia sprzed lat Archeopteryx Polskiego Rocka...
Z tych rzadkich prog-rockowych polskich brzmień z lat '70, którymi chwalić by się można pod każdą szerokością geograficzną mamy Niemena, SBB, Klan, zespół Anawa, a dalej to byłbym już ostrożny w ferowaniu wyroków...
Okazuje się, że zaklętą zasłonę zapomnienia bezceremonialnie pozwolili sobie zerwać również panowie Romuald i Roman...
Polskie Radio zaś wydało kompilację ich poczynań, gdyż panowie R&R muzykując sobie w najlepsze od 1968 roku aż do 1976 nie wystarali się o własnego longplaya... Co jest szokujące, bo materiał na płycie jest bardzo różnorodny, ale zawsze świetnie zagrany, zawsze pomysłowy, od big bitu po pulsujacą psychodelię...
Jaka szkoda, że tak niewiele po nich zostało. Zaledwie odcisk rarebird'owego szkieleciku na płytce, której trzeba było długo szukać i mozolnie sklejać kawałek po kawałku... Melancholia ogarnia człowieka, kiedy widzi tak klasyczny przykład zmarnowanej szansy na wykorzystanie oczywistego potencjału, jaki drzemał był bez wątpienia w Romku i Romku, niech mi wolno będzie tak o nich powiedzieć...
Pośród ich skromnej muzycznej spuścizny znajdziemy naprawdę sporo wyśmienitych muzycznie i artystycznie momentów. Takie numery jak... Zresztą próżna robota wyliczać...
Lepiej odnaleźć cały ten skarb i zachłannie go sobie zaskarbiać...
Na początku obecnego millenium miała jeszcze miejsce krótka koncertowa reminiscencja Romualda i Romana, ale zaraz potem słuch ostatecznie zaginął po tym tajemniczym ptaku czy gadzie? Tego nie wie nikt...
niedziela, 20 listopada 2011
Valley Of The Shadows
Nasz kolejny gość świetnie wpasowuje się w prezentowany tutaj ostatnio nurt. Podobnie jak Axelrod, również utalentowany kompozytor, aranżer i producent muzyczny, a dodatkowo niezwykle biegły klawiszowiec, nagrodzony kilkoma nagrodami Grammy w swym bogatym muzycznym życiorysie...
Aczkolwiek ostatni z wymienionych faktów, wbrew pozorom nie przyniósł Bob'owi James'owi, bo to o nim mowa, ani spektakularnych sukcesów, ani szczególnego uznania wśród wesołej jazzowej braci...
Urodzony w 1939 roku Bob James
to przede wszystkim kompozytor, ale i pianista, o czym przez wiele lat zaświadczał dziełem własnym jak i częstymi kolaboracjami muzycznymi.
Jego językiem jest jazz i jego okolice, jak fusion, czy smooth jazz, którego James jak się okazuje był jednym z prekursorów.
Jego pierwszy, będę się twardo upierał, że znakomity longplay o tajemniczym tytule "One" światło dzienne ujrzał w 1974 roku.
Oprócz sporej dawki jazzu otrzymujemy tu także bardzo przystępne i melodyjne fragmenty, także nie ma się co zżymać na style i tylko słuchać i słuchać. Przynajmniej kilka kompozycji warto z tej płyty ocalić dla pokoleń przyszłych. "Nautilus" to chyba najbardziej znana kompozycja Jamesa, samplowana z namaszczeniem w dziesiątkach utworów, "Night On Bald Mountain" - James'owska adaptacja znanego dzieła Modesta Musorgskiego, czy otwierający album "Valley Of The Shadows" - to absolutnie pierwsza rarebirdowa liga.
I to własnie pierwszy utwór z albumu "One" chciałbym tu zaprezentować. Czy warto zapuszczać się na długie 9 minut w Cienistą Dolinę, czy jest coś tam na końcu tej wędrówki do czego warto z uporem iść wbrew wszystkim przeciwnościom?
Ano posłuchajmy...
Aczkolwiek ostatni z wymienionych faktów, wbrew pozorom nie przyniósł Bob'owi James'owi, bo to o nim mowa, ani spektakularnych sukcesów, ani szczególnego uznania wśród wesołej jazzowej braci...
Urodzony w 1939 roku Bob James
to przede wszystkim kompozytor, ale i pianista, o czym przez wiele lat zaświadczał dziełem własnym jak i częstymi kolaboracjami muzycznymi.
Jego językiem jest jazz i jego okolice, jak fusion, czy smooth jazz, którego James jak się okazuje był jednym z prekursorów.
Jego pierwszy, będę się twardo upierał, że znakomity longplay o tajemniczym tytule "One" światło dzienne ujrzał w 1974 roku.
Oprócz sporej dawki jazzu otrzymujemy tu także bardzo przystępne i melodyjne fragmenty, także nie ma się co zżymać na style i tylko słuchać i słuchać. Przynajmniej kilka kompozycji warto z tej płyty ocalić dla pokoleń przyszłych. "Nautilus" to chyba najbardziej znana kompozycja Jamesa, samplowana z namaszczeniem w dziesiątkach utworów, "Night On Bald Mountain" - James'owska adaptacja znanego dzieła Modesta Musorgskiego, czy otwierający album "Valley Of The Shadows" - to absolutnie pierwsza rarebirdowa liga.
I to własnie pierwszy utwór z albumu "One" chciałbym tu zaprezentować. Czy warto zapuszczać się na długie 9 minut w Cienistą Dolinę, czy jest coś tam na końcu tej wędrówki do czego warto z uporem iść wbrew wszystkim przeciwnościom?
Ano posłuchajmy...
Pula Yetla
Tym razem mam ogromną przyjemność zaprezentować niezwykły żeński głos i niezwykłą jego posiadaczkę. Urodzona w ubiegłym wieku w RPA cudowna Letta Mbulu proszę państwa!
Tą niezwykle utalentowaną i żywiołową wokalistkę dla świata odkrył nie kto inny jak wcześniej wspomniany David Axelrod. To on w 1967 roku wyprodukował jej debiutancki album "Letta Mbulu Sings" i zaraz potem chyba jeszcze lepszy "Free Soul". Obie płyty zostały później już wydane w jednym pakiecie i moim skromnym zdaniem jest to pakiet obowiązkowy dla każdego, kto w głosie i w muzyce szuka wolności, przestrzeni i inspiracji... Bez podziału na kategorie...
Z albumu " Letta Mbulu Sings"
pochodzi przecudnej urody kompozycja "Pula Yetla". Niech posłuży ona jako zachęta do zapoznania się z resztą twórczości tej skromnej gigantki wokalu. W utworze tym, w niespełna czterech minutach deszczu i burzy jest tyle pięknych, prostych i silnych emocji, że można by nimi obdzielić niejedną z dyskografii szacownych pieśniarek... Polecam...
Subskrybuj:
Posty (Atom)











