niedziela, 17 marca 2013

Rage on Omnipotent

"Before you play two notes learn how to play one note - and don't play one note unless you've got a reason to play it." - Mark Hollis (1998)


Kiedy zapozna się już człowiek z historią i dorobkiem Talk Talk, zaczynają go dręczyć myśli, że może to tylko jakiś żart. Że może to wszystko nie zdarzyło się naprawdę. Trzeba zaznaczyć, że tego rodzaju rozważania wchodzą w rachubę dopiero po "odrobieniu" dyskografii zespołu, a to jest zadanie jedynie dla wytrwałych. Szarzy zjadacze muzyki kojarzą Talk Talk chyba tylko dzięki uprzejmości zespołu No Doubt i ich covera "It's My Life", ale nie ma się co dziwić. Osobom lubiącym słuchać muzyki z czystym sumieniem można polecić chyba tylko trzeci album formacji. Pozostałe "wykwity" są już miejscami zaporą dla wielu słuchaczy. Bo trochę strach ich słuchać, nie ma co... Jeśliby poważnie potraktować ich całą twórczość, to w skrajnych przypadkach trzeba by przestać słuchać muzyki w ogóle...Ale po kolei...

Zacznijmy od rdzenia całej historii, a mianowicie od rzadkiej wody przystojniaka i siły napędowej Talk Talk - Marka Hollisa.





"Mark was actually a very fun person to be around but when it came to music he was never frivolous." (Paul Webb, 2006)

Ten niepozornie wyglądający jegomość o duszy punkowca i głosie serafina od początku stanowił spiritus movens zespołu, czuwając jednocześnie nad każdym aspektem stanowiącym o charakterze grupy – pisał teksty, aranżował, produkował, Bóg wie co jeszcze...

W skład Talk Talk wchodzili także: Paul Webb - gitara basowa oraz Lee Harris na perkusji. Na drugim krążku dołączył czwarty muszkieter Tim Friese-Greene, alter ego Hollisa, ale również klawiszowiec, gitarzysta i zagorzały producent nagrań. Zespół istniał zaledwie 10 lat, a ich 5 albumów, to wszystko, co nam po sobie pozostawili. Jest jeszcze solowy album Hollisa, który traktować można śmiało jako podsumowanie twórczości i ambicji artystycznych introwertycznych Brytyjczyków.





1. "The Party's Over" (1982) Zaczęło się na miarę czasów. Album to typowy przedstawiciel new romantic. Jest nowofalowo, syntezatorowo i można rzec popowo. To taka melancholijna muzyka dyskotekowa lat '80, kilka singlowych przebojów ("Talk Talk", czy "Today"). W dłuższych kompozycjach zauważamy pierwsze próby budowania dramaturgii, tak charakterystycznej formy ekspresji dla dalszych dokonań muzyków. Bezwzględnie najsłabszy album grupy, który pamiętamy głównie dzięki programowanej perkusji i oczywiście głosowi Hollisa.


TALK TALK


2. "It’s My Life" (1984) Drugi produkt stanowi kontynuację myśli z pierwszej płyty, ale następuje szereg zmian w podejściu do tworzenia samej muzyki. Przede wszystkim do ekipy dołączył Friese-Greene, doświadczony już dźwiękowiec i muzyk zarazem. Szybko stał się prawą ręką, obojczykiem i płatem czołowym Hollisa. To jemu zespół zawdzięczać może wdrożenie do arsenału środków wyrazu żywych instrumentów – gitar, perkusji, czy choćby fortepianu. Zatem, choć jeszcze wierni synth-popowej stylistyce, Talk Talk wyruszają powoli na zupełnie nowe wody. Zyskują głębokie, pulsujące brzmienie, a dołączając do tego przebojowe zapędy i chwytliwe refreny w utworach takich jak: „Such A Shame” czy „It’s My Life” chłopcy zaczynają wreszcie na siebie zarabiać:)

3. "The Colour Of Spring" (1986) Zachęcone sukcesami EMI sypnęło groszem i chyba nie wiedziało jeszcze w co się pakuje, bo ambicje zespołu sięgały dużo dalej niż ktokolwiek mógł przypuszczać. To co kiedyś trzeba było przekazać za pomocą syntezatora teraz stało się możliwe przy użyciu znacznie szerszego spektrum narzędzi. I chłopcy bardzo poważnie wzięli się do roboty. Nagranie albumu zajęło im cały rok. Nie ma tu już śladu niedojrzałości artystycznej z dwóch pierwszych albumów. Jest raczej szokujący dla dotychczasowych fanów krok w nieznane, bo jak inaczej nazwać collage jaki przygotował Hollis i spółka. Zapętlone ze sobą inspiracje twórczością Can, Ottisa Reddinga, Burta Bachracha, jazzu lat '50 i '60, muzyki klasycznej( Bartók, Debussy, Sibellius) były tylko punktem wyjścia do stworzenia czegoś zupełnie nowego w historii muzyki. Z próby połączenia rocka, jazzu i muzyki poważnej Talk Talk, o dziwo wyszli zwycięsko. Żywe instrumenty, rozbudowane, stonowane, pełne napięcia i zmian emocji kompozycje, ale też pierwszy upust minimalizmu i największy sukces komercyjny zespołu w jednym.Doprawdy dziwne zjawisko, które ktoś w końcu określił mianem narodzin post-rocka. Rzecz, o której można pisać, ale największa przyjemność płynie jednak wyłącznie z obcowania z tą muzyką. Utwory takie jak "Happiness Is Easy" czy "Life's What You Make It" to najlepsze wizytówki nowych Talk Talk.



I DON'T BELIEVE IN YOU



4. "Spirit Of Eden" (1988)

"Talk Talk's fourth LP is the kind of record which encourages marketing men to commit suicide"(Q, October, 1988)

Żeby powstała taka płyta musimy na rok zamknąć czterech dorosłych mężczyzn w kaplicy londyńskich Wessex Studios i dać im wolną rękę. Talk Talk mogli sobie na to pozwolić . Trzecia płyta była przełomem komercyjnym, więc łasi mamony marketingowcy z EMI postanowili nie poganiać artystów. A ci, otoczeni świecami, dymami kadzielnymi i pewno nie tylko, drobiazgowo budowali konstrukcję doskonałą. Smakując dźwięki i łącząc je ze sobą, panowie najwyraźniej odkleili się na jakiś czas od rzeczywistości i czasu. I to słychać...I to jeszcze jak. Jeśli na nagranie jednego utworu ma się dwa miesiące, to można z nim zrobić wszystko. I na tej płycie słychać faktycznie wszystko, włącznie z odgłosami oddechów, skrzypnięć i ciszą. Bo to ona właśnie jest tu szkieletem. Utwory są jakby maźnięciami dźwięków na płótnie ciszy. Niepokojący perfekcjonizm lidera, nie zadowalającego się półśrodkami, odosobnienie i nieskończone próby poszukiwania ideału miały z pewnością nielichy wpływ na psychikę muzyków. Co stało się w tamtym czasie próżno dociekać, ale biorąc pod uwagę zawartość powstałego krążka, możemy przypuszczać, że pomijając spełnienie osobistych ambicji artyści ze wszelkich swych sił chcieli nam przekazać coś naprawdę ważnego...

"At the end of it marriages were collapsing, there were breakdowns, people resigning. That was definitely the result of that album" (Phill Brown, inżynier dźwięku)

Dzięki zaangażowaniu Friese-Greene'a album nabrał niesamowitej spójności. Dźwięk jest czysty, dryfujący pomiędzy wyrafinowaną ciszą a kakofoniami napięć, pełen przestrzeni i wibracji. Minimalizm zauważymy właściwie wszędzie. W muzyce, tekstach, głosie Hollisa...Wszystko to poprzetykane dźwiękami trąbki, skrzypiec, klarnetu, kontrabasu, czy choćby chóru z Chelmsford, sprawia niesamowite wrażenie...Emocje jakie mogą się zrodzić w słuchaczu podczas tej muzycznej (i nie tylko) uczty, to osobny rozdział historii. Nawet kiedy dźwięki eksplodują, a po ciele rozchodzą się dreszcze, nie sposób wybić się ze stanu bliskiego medytacji. Dość powiedzieć, że w "Edenie" na ten przykład jest szansa zrozumieć, co czuje pacjent, który dowiaduje się, że jednak nie ma złośliwego nowotworu...
Mimo, że wszystko wyraźnie tu słychać, to ciężko kategoryzować cokolwiek...Można powiedzieć kamień milowy post-rocka, można rzec melanż jazzu ambientu i klasyki...Lepiej jednak wyzbyć się potrzeby systematyzowania i naiwnie zanurkować w rajską tajemnicę...
Do studia Talk Talk weszli z zamiarem nagrania płyty, ale chyba nie poinformowali wcześniej swych mocodawców, że po zakończeniu nagrań nie chcieli już mieć ze swoim wytworem nic wspólnego.
Nigdy więcej nie zagrali na żywo.



I BELIEVE IN YOU


5. "Laughing Stock" (1991)

"I may as well attempt to describe the dawn for you" (Melody Maker, September 7, 1991- Jim Arundel)

Ostatnia płyta Talk Talk pojawiła się w tym samym czasie co np. "Nevermind" Nirvany. Choćby to może nam już dać sporo do myślenia.Porównywać tu nie ma czego, bo muzyka Talk Talk okazała się zaprzeczeniem grunge'owej energii. Tor wyznaczony przez poprzednie albumy prowadził w innym kierunku... Wycofywanie się , odwrót na pięcie, eksploracja niuansów introspekcji, minimalistyczna asceza, kontrast wszechogarniającej ciszy z miażdżącymi gitarowymi ciosami, martwe przestrzenie i zarośnięte ścieżki do kakofonicznych ogrodów, wokalizy Hollisa docierające jakby zza grobu i pokaźna ilość akustycznych instrumentów w tle, oniryczne stany perkusyjnego transu i porażające wyładowania gitar... Mówi sie, że Hollis pragnął sięgnąć do wiary, w poszukiwaniu czegoś ponadczasowego. Zresztą żywe instrumentarium miało być według niego gwarancją uniwersalności i nieśmiertelności muzyki.
Skrajnie nieprzewidywalna, stylistycznie szokująca otwartością płyta, wyłącznie dla miłośników adventurous music:) Pełen paradoksów i swobody album konsekwentnie zmierzający do kresu swoich (i słuchacza) możliwości...
Biblia wszelkiej maści introwertycznych smutasów, kalkowana z zapałem w wielu mrocznych piwnicach i garażach na całym świecie. I smutny gorzki żart z marketingowej muzycznej machiny...


RUNEII


6. Mark Hollis (1998)

Dig the silence! - zachęcali krytycy do pierwszej i ostatniej solowej płyty Marka Hollisa.
I sporo w tym racji. Autor już bez pomocy Tima Friese-Greene'a rozpisał na kilkanaście instrumentów i głos 47 - minutową ciszę. To konsekwentna kontynuacja wcześniejszych dokonań, wypełniona po brzegi jazzem i duchem minionych epok. Po rozimprowizowanych studyjnych eksperymentach Hollis powraca do konstrukcji przemyślanych i kompletnych, pozbawionych jednak nowoczesnej produkcji. Zapamiętale upaja się dźwiękami poszczególnych instrumentów i cofa się w czasie, wyczerpując stworzoną przez siebie ideę minimalistycznego post-rocka, wyciskając ją jak cytrynę do ostatniej kropli. Wolny od ulotnych obaw komercji Hollis tworzy nawiedzoną symfonię, równie nieopisaną jak czas i jego konsystencja...
Dwa poprzednie albumy Talk Talk miały zerwać z komercyjnym wymiarem muzyki i zaproponować zupełnie nową jakość. Solowe dzieło Hollisa doprowadziło tę ideę do skrajności. Zobowiązany kontraktem na jeszcze jedną płytę, Hollis namalował obraz muzycznej nirwany, zawieszonej poza czasem i miejscem, unicestwił formę, którą sam wcześniej powołał do życia, zamknął dyskografię zespołu i zakończył karierę. Był to zarazem jeden z najbardziej udanych comedown'ów w historii muzyki...
The Party's Over...





Historia Talk Talk to historia zmian. Niczym kolejne etapy życia człowieka obserwujemy narodziny, młodość, rozkwit, zmierzch i kres...To dlatego ich twórczość jest tak przekonująca i pełna. Bo opowiada nam historię prawdziwą, a nie wymyśloną na potrzeby rynku...

poniedziałek, 8 października 2012

Six Day War

Oh! What A Lovely War...

Zatytułowany z taką właśnie zastanawiającą ironią, debiutancki longplay brytyjskiej grupy Colonel Bagshot nie zatrząsł wcale listą Billboard'u w niezwykle bogatym muzycznie roku 1971. Co więcej, w ich rodzimym kraju nikt nawet nie pomyślał o wydawaniu ich płyt. Debiut miał miejsce jedynie w Stanach Zjednoczonych.
Śmieszna historia jest taka, że te fakty w czasach przedinternetowych (tak, tak:) sprawiły, iż ówcześni rockowi bibliografowie brali Colonel Bagshot za zespół z USA.
No, ale teraz, gdy mamy internet...

Oto nasi herosi! Rodowici Brytyjczycy z krwi i kości!


Dave Dover - bass, keyboardy
Terry McCusker - perkusja
Ken Parry - gitara, keyboardy
Brian Farrell - gitara, stylofon:)

Grupa powstała pod koniec lat '60. Grali dużo koncertów i nie nagrywali płyt. Ich twórczość, porównać możemy do niektórych dokonań The Beatles, The Moody Blues czy choćby The Strawbs. Album wyściełany jest 3,4-ro minutowymi protest songami o silnym antywojennym przesłaniu i mniejsza już z tym jak bibliografowie określają ten rodzaj muzyki: psychedelic rock, czy tzw soft-progressive... Ważne, że aranżacje są na najwyższym poziomie, że płyty słucha się z ogromną przyjemnością nawet po tylu latach, a "Pułkownik" potrafi czasem przyfasolić tak, że w pięty idzie!





Ów album z lat odległych, jak można się domyślić, jest jedynym longplayem Colonela i tu właściwie mógłbym już się pożegnać. Ale zostawiłem sobie na koniec ironiczną, a jakże, ciekawostkę...
Otóż utwór Six Day War, pierwszy na płycie, który tu dzisiaj pragnę zarekomendować, ten sam, którym brytyjski przemysł fonograficzny nie zechciał się nigdy z nami podzielić, i który właściwie wszyscy świetnie znamy...

No tak, właśnie...
A wszystko to za sprawą rezolutnego mistrza DJ-ki, który Six Days War wyciągnął z piwnicy po 30 latach od premiery, doprawił własnym sosem i sprzedał piosnkę tą już jako hit w wielkich nakładach ku uciesze wielu...

Oto jej oryginalna wersja: SIX DAY WAR

piątek, 6 lipca 2012

Shangri La

Mój Boże jaki dziś upał...
Zupełnie jak w '69-tym...




Now that you've found your paradise
This is your Kingdom to command
You can go outside and polish your car
Or sit by the fire in your Shangri-la
Here is your reward for working so hard
Gone are the lavatories in the back yard
Gone are the days when you dreamed of that car
You just want to sit in your Shangri-la...

Put on your slippers and sit by the fire
You've reached your top and you just can't get any higher
You're in your place and you know where you are
In your Shangri-la!
Sit back in your old rocking chair
You need not worry, you need not care
You can't go anywhere...

Shangri-la! Shangri-la!! Shangri-la!!!

The little man who gets the train
Got a mortgage hanging over his head
But he's too scared to complain
'Cos he's conditioned that way
Time goes by and he pays off his debts
Got a TV set and a radio
For seven shillings a week...

Shangri-la! Shangri-la!! Shangri-la!!!
Shangri-la! Shangri-la!! Shangri-la!!!

And all the houses in the street have got a name
'Cos all the houses in the street they look the same
Same chimney pots, same little cars, same window panes
The neighbors call to tell you things that you should know
They say their lines, they drink their tea, and then they go
They tell your business in another Shangri-la
The gas bills and the water rates, and payments on the car
Too scared to think about how insecure you are
Life ain't so happy in your little Shangri-la...

Shangri-la! Shangri-la la-la-la-la-la-la-la-la...

Put on your slippers and sit by the fire
You've reached your top and you just can't get any higher
You're in your place and you know where you are
In your Shangri-la...
Sit back in your old rocking chair
You need not worry, you need not care
You can't go anywhere...

Shangri-la! Shangri-la!! Shangri-la!!!
Shangri-la! Shangri-la!! Shangri-la!!!

środa, 20 czerwca 2012

Sad Road To The Sea

Kolejni synowie Albionu ze wszech miar warci należytej uwagi - Leaf Hound - to wyważone, acz dzikie połączenie hard rock'a z tzw. rock'iem psychodelicznym...

Zwał jak zwał, ważne, że gros (czy jak kto woli tuzin tuzinów) tego , co chłopcy zmajstrowali ma w sobie fantastyczną moc i przestrzeń. Wszystko jest smakowicie dopieprzone i dosolone:) i brzmi w ten specyficzny sposób, którego ja osobiście wielce łaknę i pożądam, i który ośmielę się TU nazwać Muzyką Nieistniejących Soundtrack'ów...



Drugi studyjny album z roku 1971 o wymownym tytule "Growers Of Mushroom" i jedna tylko perełka z niego - utwór "Sad Road To The Sea" niechaj wystarczą za lakoniczny dowód powyższej tezy...


SAD ROAD TO THE SEA

Make me a road, a road for all to sea
Built of thoughts, to last me eternally
Please make me a road
Your sad road to the sea

Take off my load, my load is killing me
This load of thought is really agony
I'll make my last stand
With all that's left of me

Sad road where are you taking me
Along the coast of eternity
I don't know what's become of me
My sad road to the sea
My sad road to the sea

czwartek, 7 czerwca 2012

Mona Mona

Piękne, mocne - łączące psychedelię i hard rock'a - granie z lat '70 wprost ze słonecznego Izraela. Grupa zwąca się wpierw The Churchills, potem Jericho Jones i w końcu Jericho...
Nas interesuje płyta "Junkies, Monkeys & Donkeys" - pierwszy album Jericho Jones z roku 1972.





Świetni, uzdolnieni muzycy, charyzmatyczny wokalista, kapitalne, chwytające i rzec by można przebojowe aranżacje + brzmienie, które zapewne jest już w naszych czasach - pomimo zaawansowanej inżynierii dźwiękowej - nieosiągalne...
Kawał soczystej i prawdziwej muzyki z lekka już zapomnianej, ale wciąż bezkonkurencyjnej!


Utwór "Mona Mona" niechaj będzie zachętą do zapoznania się z resztą tej jakże prostej i jakże ponadczasowej muzyki:)

MONA MONA



niedziela, 29 kwietnia 2012

Old Man


OLD MAN


Old man look at my life,
I'm a lot like you were.
Old man look at my life,
I'm a lot like you were.

Old man look at my life,
Twenty four and there's so much more
Live alone in a paradise
That makes me think of two.

Love lost, such a cost,
Give me things that don't get lost.
Like a coin that won't get tossed
Rolling home to you.

Old man take a look at my life I'm a lot like you
I need someone to love me the whole day through
Ah, one look in my eyes and you can tell that's true.

Lullabies, look in your eyes,
Run around the same old town.
Doesn't mean that much to me
To mean that much to you.

I've been first and last
Look at how the time goes past.
But I'm all alone at last.
Rolling home to you.

Old man take a look at my life I'm a lot like you
I need someone to love me the whole day through
Ah, one look in my eyes and you can tell that's true.

Old man look at my life,
I'm a lot like you were.
Old man look at my life,
I'm a lot like you were.




Utwór o dziwnych losu kolejach z albumu "Harvest" z 1972 roku.

niedziela, 1 stycznia 2012

Birdman

Rare Birdman...

 44 lata temu w Dzień Dziecka w prasie muzycznej pojawiła się notatka, zapowiadąjaca wydanie pierwszego singla grupy muzycznej o tajemniczej nazwie Giles, Giles & Fripp (bracia Michael Giles, Peter Giles oraz ich utalentowany kolega Robert Fripp). Już tydzień później do składu dołączył zasłużony muzyk orkiestr wojskowych Ian McDonald i tak to się Wszystko zaczęło...

 Bezpośrednim efektem spotkania tych gentleman'ów był jedyny album owej formacji zatytułowany, a jakże: "The Cheerful Insanity of Giles,Giles & Fripp".
 W dwa miesiące później, w listopadzie 1968 roku grupa rozpada się, a na powstałym w ten sposób kalorycznym nawozie kiełkuje nowy projekt o nazwie King Crimson.
 Pierwszy album Króla na półki trafia dokładnie 10.10.1969 roku, a niespełna dwa miesiące później po ciężkiej nocy z 6 na 7 grudnia Jego zamek opuszczają Michael Giles i Ian McDonald, nie mogący znaleźć wspólnego języka z apodyktycznym Robertem...

 Wiadomo, trochę szkoda, bo debiut KC był jedyny w swoim rodzaju i kto wie co mogłoby z tego wyniknąć.
Tak czy siak kończąc ten hagiograficzny wylew zmierzam do sedna, czyli do albumu formacji McDonald & Giles z roku 1970 pod takim właśnie tytułem.




 Wydanie płyty McDonald and Giles" zbiegło się nieomal w czasie z wydaniem trzeciego krążka KC pod tytułem "Lizard" i można by długo rozwodzić się nad podobieństwami i różnicami obu zespołów ale to nie miejsce i nie czas na to. Dość będzie zacytować samego Michaela Giles'a: " Chcieliśmy stworzyć muzykę łagodniejszą, delikatniejszą, subtelniejszą, a ponadto, tak to ujmę, bardziej przyjazną kobiecie. Praca nad tą płytą była dla mnie uroczym przeżyciem!"
 Cóż więcej dodać? Fakt. Płyta jest (na tle dokonań KC) nieomal popowym produktem, ale nie ujmuje to nic z jej niezaprzeczalnego uroku. W bogatym instrumentarium, poza klasycznymi pozycjami pojawiło się kilka ciekawostek. Michael: perkusja, ins. perkusyjne (min.: butelka mleka, gwizdek, piłka ręczna, czy choćby pudełko orzechów) oraz chórki, Ian: gitara, fortepian, organy, saksofony, flet, klarnet, cytra, śpiew i rozliczne hałasy (uff...)
 Poza tym był jeszcze brat Michael'a Peter na basie, gościnnie Steve Winwood na klawiszach oraz Michael Blakesley na puzonie. Za aranżację i dyrygenturę sekcjami smyczkową i dętą w suicie "Birdman" możemy zaś być wdzięczni panu Mike'owi Gray'owi. Teksty na album napisał w większości nadworny tekściarz Karmazynowego Króla Pete Seinfeld.

Pośród zarejestrowanych utworów jest właśnie ten jeden, który pragnąłbym gorąco ocalić przed zgubą: suita "Birdman" - złożona z kilku przepięknych i bardzo różnych części historia pewnego jegomościa z miasteczka Walthamstowe, który postanowił ziścić wreszcie swoje marzenia o lataniu. To ponad 20 minut zmian stylów i temp, tworzących razem jedną z najbardziej niezapomnianych muzycznych podróży wszechczasów. King Crimson z pewnością nie powstydziłoby się "Birdmana" na którymś z wczesnych krążków...


 Kariera zespołu McDonald and Giles niestety zakończyła się na tym jednym albumie i wcale nie poprawia mi humoru fakt, że takie też było założenie samych twórców... Założyć wreszcie swoje skrzydła i uciec przed wieczną zimą, gdzieś, gdzie nikt nic od nas nie chce... I gdzie nie ma Roberta Frippa...







sobota, 10 grudnia 2011

In Held 'Twas In I

Rok 1972
Procol Harum - "In Held 'Twas In I"...
Z albumu "Live With The Edmonton Symphony Orchestra"




Dla ortodoksyjnych fanów, Filipów z konopii i wszystkich fonoministrantów...




"Glimpses of Nirvana...
In the darkness of the night, only occasionally relieved by glimpses of Nirvana as seen through other people's windows, wallowing in a morass of self-despair made only more painful by the knowledge that all I am is of my own making ...
When everything around me, even the kitchen ceiling, has collapsed and crumbled without warning. And I am left, standing alive and well, looking up and wondering why and wherefore.
At a time like this, which exists maybe only for me, but is nonetheless real, if I can communicate, and in the telling and the bearing of my soul anything is gained, even though the words which I use are pretentious and make you cringe with embarrassment, let me remind you of the pilgrim who asked for an audience with the Dalai Lama.
He was told he must first spend five years in contemplation. After the five years, he was ushered into the Dalai Lama's presence, who said, 'Well, my son, what do you wish to know?' So the pilgrim said, 'I wish to know the meaning of life, father.'
And the Dalai Lama smiled and said, 'Well my son, life is like a beanstalk, isn't it?'
Held close by that which some despise
which some call fake, and others lies
And somewhat small
for one so tall
a doubting Thomas who would be?
It's written plain for all to see
for one who I am with no more
it's hard at times, it's awful raw
They say that Jesus healed the sick and helped the poor
and those unsure
believed his eyes
- a strange disguise
Still write it down, it might be read
nothing's better left unsaid
only sometimes, still no doubt
it's hard to see, it all works out

'Twas Tea-time at the Circus
'Twas tea-time at the circus: King Jimi, he was there
Through hoops he skipped, high wires he tripped, and all the while the glare
of the aching, baking spotlight beat down upon his cloak
and though the crowd clapped furiously they could not see the joke
'Twas tea-time at the circus, though some might not agree
as jugglers danced, and horses pranced and clowns clowned endlessly
But trunk to tail the elephants quite silent, never spoke
and though the crowd clapped desperately they could not see the joke

In the Autumn of My Madness
In the autumn of my madness when my hair is turning grey
for the milk has finally curdled and I've nothing left to say
When all my thoughts are spoken (save my last departing birds)
bring all my friends unto me and I'll strangle them with words
In the autumn of my madness which in coming won't be long
for the nights are now much darker and the daylight's not so strong
and the things which I believed in are no longer quite enough
for the knowing is much harder and the going's getting rough

Look to Your Soul
I know if I'd been wiser this would never have occurred
but I wallowed in my blindness so it's plain that I deserve
for the sin of self-indulgence when the truth was writ quite clear
I must spend my life amongst the dead who spend their lives in fear
of a death that they're not sure of, of a life they can't control
It's all so simple really if you just look to your soul
Some say that I'm a wise man, some think that I'm a fool
It doesn't matter either way: I'll be a wise man's fool
For the lesson lies in learning and by teaching I'll be taught
for there's nothing hidden anywhere, it's all there to be sought
And so if you know anything look closely at the time
at others who remain untrue and don't commit that crime..."




piątek, 9 grudnia 2011

Natural High

 Znowóż ptak rzadkiej maści...Tonton Macoute...
Straszydło haitańskie, którym załamane mamy uspokajały swe nadpobudliwe pociechy, i którego imię notabene przetłumaczyć można na Dzieciojad...


 Prawda, że zachęcająco?
Podobnie pomyślał haitański dyktator Francois Duvalier tworząc swe tajne oddziały ochotniczej milicji, które słynęły z niezwykłego okrucieństwa i siały grozę przez kilkadziesiąt lat. Stąd też pewnie wzięła się ich nazwa - Tonton Macoutes...Wyobraźcie sobie takiego ORMO-wca z maczetą...

 Czym kierowali się założyciele brytyjskiej jazz-rockowej formacji nazywając się Dzieciojadem? Jest to pytanie retoryczne, tak samo jak pytanie dlaczego tylko jedna płyta?


 Zespół powstał w 1971 roku, nagrał jedyny swój album (która to już taka historia) i słuch o nim zaginął. Z wielką szkodą dla fanów jazz-rocka i muzyki w ogóle... Na tym bezcennym krążku czeka na nas progresywny rock w połączeniu z ogromnymi dawkami różnego rodzaju jazzu, pełen fenomenalnych popisów instrumentalnych panów:




Paul French - piano, organy i wibrafon
Chris Gavin - bass i gitary
Dave Knowles - saxofony, flet i klarnet
oraz Nigel Reveler - perkusja


 Utwory aż kipią pomysłami i różnorodnością. Nie ma na płycie dwóch podobnych stylistycznie kawałków, ale wysłuchanie tego magicznego albumu w całości upewnia nas jedynie o jego niezwykłej harmonii. Szkoda tylko, że zespół podzielił los swoich kolegów po fachu (Indian Summer, Spring) spod skrzydeł legendarnej wytwórni RCA i zakończyli karierę wkrótce po debiucie... 


Utwory:
1.Just Like Stone
2.Don't Make Me Cry
3.Flying South In Winter
4.Dreams
5.You Make Me Jelly Roll
6.Natural High - pt 1
7.Natural High - pt 2


 Poniżej link do połączonych ze sobą utworów 6 i 7, ale zachęcam niedowiarków do zapoznania się również z pierwszą 5.


czwartek, 24 listopada 2011

Coś we mnie drzemie

 Kolejny z naszych ptasich dziwów jest okazem doprawdy wyjątkowym...
Oto trajektorią nad wyraz tajemną trafił wreszcie do nas jakoś z Wrocławia sprzed lat Archeopteryx Polskiego Rocka... 
 Z tych rzadkich prog-rockowych polskich brzmień z lat '70, którymi chwalić by się można pod każdą szerokością geograficzną mamy Niemena, SBB, Klan, zespół Anawa, a dalej to byłbym już ostrożny w ferowaniu wyroków...

 Okazuje się, że zaklętą zasłonę zapomnienia bezceremonialnie pozwolili sobie zerwać również panowie Romuald i Roman...


 Polskie Radio zaś wydało kompilację ich poczynań, gdyż panowie R&R muzykując sobie w najlepsze od 1968 roku aż do 1976 nie wystarali się o własnego longplaya... Co jest szokujące, bo materiał na płycie jest bardzo różnorodny, ale zawsze świetnie zagrany, zawsze pomysłowy, od big bitu po pulsujacą psychodelię...

 Jaka szkoda, że tak niewiele po nich zostało. Zaledwie odcisk rarebird'owego szkieleciku na płytce, której trzeba było długo szukać i mozolnie sklejać kawałek po kawałku... Melancholia ogarnia człowieka, kiedy widzi tak klasyczny przykład zmarnowanej szansy na wykorzystanie oczywistego potencjału, jaki drzemał był bez wątpienia w Romku i Romku, niech mi wolno będzie tak o nich powiedzieć...


 Pośród ich skromnej muzycznej spuścizny znajdziemy naprawdę sporo wyśmienitych muzycznie i artystycznie momentów. Takie numery jak... Zresztą próżna robota wyliczać...
Lepiej odnaleźć cały ten skarb i zachłannie go sobie zaskarbiać... 

 Na początku obecnego millenium miała jeszcze miejsce krótka koncertowa reminiscencja Romualda i Romana, ale zaraz potem słuch ostatecznie zaginął po tym tajemniczym ptaku czy gadzie? Tego nie wie nikt...









niedziela, 20 listopada 2011

Valley Of The Shadows

Nasz kolejny gość świetnie wpasowuje się w prezentowany tutaj ostatnio nurt. Podobnie jak Axelrod, również utalentowany kompozytor, aranżer i producent muzyczny, a dodatkowo niezwykle biegły klawiszowiec, nagrodzony kilkoma nagrodami Grammy w swym bogatym muzycznym życiorysie...
Aczkolwiek ostatni z wymienionych faktów, wbrew pozorom nie przyniósł Bob'owi James'owi, bo to o nim mowa, ani spektakularnych sukcesów, ani szczególnego uznania wśród wesołej jazzowej braci...

Urodzony w 1939 roku Bob James


to przede wszystkim kompozytor, ale i pianista, o czym przez wiele lat zaświadczał dziełem własnym jak i częstymi kolaboracjami muzycznymi.
Jego językiem jest jazz i jego okolice, jak fusion, czy smooth jazz, którego James jak się okazuje był jednym z prekursorów.

 Jego pierwszy, będę się twardo upierał, że znakomity longplay o tajemniczym tytule "One" światło dzienne ujrzał w 1974 roku.


  Oprócz sporej dawki jazzu otrzymujemy tu także bardzo przystępne i melodyjne fragmenty, także nie ma się co zżymać na style i tylko słuchać i słuchać. Przynajmniej kilka kompozycji warto z tej płyty ocalić dla pokoleń przyszłych. "Nautilus" to chyba najbardziej znana kompozycja Jamesa, samplowana z namaszczeniem w dziesiątkach utworów, "Night On Bald Mountain" - James'owska adaptacja znanego dzieła Modesta Musorgskiego, czy otwierający album "Valley Of The Shadows" - to absolutnie pierwsza rarebirdowa liga.

 I to własnie pierwszy utwór z albumu "One" chciałbym tu zaprezentować. Czy warto zapuszczać się na długie 9 minut w Cienistą Dolinę, czy jest coś tam na końcu tej wędrówki do czego warto z uporem iść wbrew wszystkim przeciwnościom?
 Ano posłuchajmy...

Pula Yetla

Tym razem mam ogromną przyjemność zaprezentować niezwykły żeński głos i niezwykłą jego posiadaczkę. Urodzona w ubiegłym wieku w RPA cudowna Letta Mbulu proszę państwa!


Tą niezwykle utalentowaną i żywiołową wokalistkę dla świata odkrył nie kto inny jak wcześniej wspomniany David Axelrod. To on w 1967 roku wyprodukował jej debiutancki album "Letta Mbulu Sings" i zaraz potem chyba jeszcze lepszy "Free Soul". Obie płyty zostały później już wydane w jednym pakiecie i moim skromnym zdaniem jest to pakiet obowiązkowy dla każdego, kto w głosie i w muzyce szuka wolności, przestrzeni i inspiracji... Bez podziału na kategorie...

Z albumu " Letta Mbulu Sings" 


pochodzi przecudnej urody kompozycja "Pula Yetla". Niech posłuży ona jako zachęta do zapoznania się z resztą twórczości tej skromnej gigantki wokalu. W utworze tym, w niespełna czterech minutach deszczu i burzy jest tyle pięknych, prostych i silnych emocji, że można by nimi obdzielić niejedną z dyskografii szacownych pieśniarek... Polecam...


The Fly

Jakiś czas temu, zupełnym przypadkiem, matematycznym zrządzeniem losu natrafiłem gdzieś wreszcie na twórcę, którego tworzywo z jakichś bliżej nieokreślonych względów nieomal w całości przypadło mi do gustu.

David Axelrod, bo o nim mowa, to urodzony w 1936 roku, amerykański kompozytor, aranżer i producent muzyczny.



Jego twórczość to w głównej mierze połączenie jazzu, rocka, funky czy choćby muzyki fusion... i jeszcze wielu innych sztuczek, które razem zawsze składają się na pełne tajemnicy, niekiedy wręcz transowe kompozycje rodem ze ścieżek filmowych nieistniejących filmów. To oczywiste uproszczenie nie jest na szczęście groźne dla samej muzyki. Wiele w niej zastanawiającej przestrzeni. Axelrod nie upychał zbytecznych dźwięków, brzmień, udziwnień w swoje - często inspirowane muzyką klasyczną, wierszami, czy nawet snami - małe arcydzieła.

Autor święcił również sukcesy na niwie producenckiej. Wiele wspólnych projektów z Cannonball'em Adderley'em, Lou Rawles'em, czy choćby The Electric Prunes, to jedynie te najbardziej znajome. O jego podopiecznych będę jeszcze zresztą wspominał, bo naprawdę warto. Tak samo, jak warto uświadomić sobie fakt, że twórczość Axelrod'a, to jedna z najlepszych samplowych pożywek dla młodych adeptów hip hopu...


Album "Song Of Experience"


z 1969 roku to jego drugi solowy projekt. Na tej znakomitej płycie Axelrod potwierdził swój niepowtarzalny styl i zaserwował nam 7 fascynujących opowieści opartych w wiekszosći na poezji William'a Blake'a. 
Prezentowany tu utwór "The Fly" wydaje sie być miarodajną wizytówką tego albumu, jak i niepodobnego do niczego innego stylu  ( bo jak tu skrzyżować Ennio Morricone z Lalo Schifrin'em) naszego zapomnianego mistrza! Posłuchajcie tylko tego basu! 


poniedziałek, 14 listopada 2011

Not So Good

  Kolejna ptaszyna... 
Niespodzianie załopotała mi przed nosem swym przebarwnym skrzydłem...
Spotkanie to z pewnością zapamiętam na długo, bo długo też przyszło mi na nie czekać. 

 W moich złotych latach radia muzyka miała inny ciężar i  gęstość też miała inną, i była czymś więcej niż tylko zapchajdziurą chwil umykających. Internet w swojej ówczesnej formie był jeszcze własnością armii, w sklepach królowały winylowe muzyczne kręgi, a pan na bazarowym straganie za śmieszne pieniądze oferował zaledwie pewną skończoność hitów z satelity na epickiej i wiernej do końca taśmie magnetofonowej...Potem dopiero, milion albumów później, zajaśniały na mym fonograficznym firmamencie szokujące jakością dźwięku srebrzyste odpowiedniki czarnych płyt...
 Radio było więc niegdyś jedyną alternatywą dla poszukujących i niezaspokojonych. Tylko, że słyszałeś tam jedynie to, co ktoś chciał, żebyś usłyszał...

 Niestety próżno szukać w mych zajmujących reminiscencjach zespołu Fields.
Żaden z wielbionych przeze mnie redaktorów muzycznych nigdy choćby nie napomknął o owej koalicji muzycznych wyrobników, aczkolwiek... Są to starzy dobrzy znajomi w pewnym sensie; wszak mamy tu założyciela formacji - Graham'a Field'a - któremu możemy w wielkim stopniu  podziękować  za klimat i niepowtarzalność dwóch pierwszych albumów wspomnianego niedawno Rare Bird. 
 Andy McCulloch pięknie bębnił nam na płycie "Lizard" King Crimson, zaś Alan Barry - gitarzysta - miał w swym zanadrzu, oprócz rzecz jasna talentu, dwugryfową gitarę( 6 strun + bas!), więc zaiste musiał być świetnym kompanem do grania rock'n'rolla. I oczywiście tak było...

Ich jedyny wspólny album Fields z 1971 roku ma wszytko, czego może sobie zamarzyć miłośnik muzycznej ornitologii...



 Jedyny problem związany z owym wydawnictwem to wybranie utworu, który najlepiej by je scharakteryzował. Dylemat ów pozostawiam tym, którzy płyty nie znają, pozostałych niezwykle gorąco zachęcam do lektury utworu pod przewrotnym tytułem "Not So Good"...




sobota, 12 listopada 2011

Sun Day

 Dzisiejszy wpis jest niezbitym dowodem niekonsekwencji wyborów jakie mają i będą miały miejsce w tymże arcytajemnmym projekcie mojego autorstwa. I nie chodzi tu rzecz jasna o samą ideę, która jest niezmienna, ale raczej o formę jej stosowania. Trudno to inaczej wytłumaczyć, podobnie jak próżno pisać o muzyce...

Zatem satis verborum...

 Człowiek(?), który nam dzisiaj zagra bez wątpienia był genialny w tym, co robił i zapewne - w związku z tym -  wiele razy zagości jeszcze w tych stronach. Dziś tylko próbka jego możliwości dla zaostrzenia apetytu, ale za to nie pozostawiająca złudzeń...Co do czego ? - trudno dociekać...
Bowiem nasz gość jak i cała jego spuścizna niełatwo dają się sklasyfikować i porównać z czymkolwiek. Zaś jego muzyka przeprowadza na zdumionych słuchaczach najróżniejsze eksperymenty i każe kochać albo nienawidzić, bezrozumnie utracić, albo instynktownie odnaleźć, wielbić lub odrzucić...




 Trudno wierzyć ziemskim hagiografom, którzy utrzymują, że Sun Ra, którego nazywają  też Herman Poole Blount urodził się w 1914 roku w Birmingham. Jak informują naoczni świadkowie inkarnacja Boga Słońca, wbrew wszelkim insynuacjom odwiedziła tylko Ziemię podczas swej podróży. Ra pochodził oczywiście z Saturna, a naszą skromną planetkę zaszczycił zaledwie na chwilę, zabierając swym napędzanym muzyką statkiem tych, którzy na niego od dawna czekali...




 Ja osobiście szykuję się już cierpliwie na Jego drugie przybycie i na szalony intergalaktyczny świst w nieznane, gdyż jego muzyka jakkolwiek ponadczasowa, pozostawia po sobie jedynie melancholijny i trudny do zaakceptowania niedosyt...




                        SUN RA - Live - Keyboard Solo (1980)

środa, 9 listopada 2011

More And More



Rzadkie ptaki...
W niniejszym blogu, począwszy od dzisiaj, pojawiać się będą przelotem zapomniani, fascynujący, pierzaści i oczywiście bardzo rzadko spotykani goście z niezliczonych muzycznych światów. Zawsze będzie to tylko jeden, jedyny "osobnik", powiedziałbym przedstawiciel swojego specyficznego gatunku. Jego tropem ciekawscy - nie bez trudu - dotrą wkrótce do całych stad, rozedrganych dźwięcznie chmar, a wreszcie do tonących w wiecznym świergocie gajów, gdzie drzewa wprost uginają się pod słodkim ciężarem opierzonych cudaków. Może i wam uda się tam uciec, choć na chwilę, od wszystkiego, od czego trzeba i warto czasem uciekać, by móc wreszcie z ulgą wyszeptać te dwa słowa: RARA AVIS...


Zacznę zupełnym przypadkiem od utworu grupy Rare Bird. 
Ten, a jakże, nieco już zapomniany band powstał w Wielkiej Brytanii dokładnie 42 lata temu i wydał ze swych trzewi zaledwie 5 albumów, lepszych i gorszych, ale to nie o nich mi tu pisać...

Oryginalny skład - 




Steve Gould (śpiew, bas, gitara, sax), David Kaffinetti (syntezator, fortepian elektryczny, klawinet, organy Hammonda), Graham Field (organy, fortepian, śpiew)oraz Mark Ashton (perkusja, śpiew) - zagrał razem zaledwie na dwóch pierwszych płytach. Potem osamotnieni panowie Gould i Kaffinetti wspierani byli przez liczne grono utalentowanych swych przyjaciół.


Nasz dzisiejszy "ptaszek" pod tytułem "More And More" pochodzi z czwartego z kolei longplay'a "Somebody's Watching" A.D. 1973 .




Utwory: 


1. Somebody's watching


2. Third time around


3. Turn your head


4. More and more


5. Hard time


6. Who is the hero


7. Dollars 


Skład:
- Steve Gould - (śpiew, gitara, sax, bas)
- Dave Kaffinetti - (fortepian elektryczny, klawinet, organy)
- Andy Curtis - (gitara)
- Nic Potter - (bas) [tak, tak, ten z Van der Graaf Generator]
oraz Fred Kelly - (perkusja)


Poza tym wśród muzyków sesyjnych udzielali się także: John Wetton (bas) - [a i owszem ten z Karmazynowego Zamku], Paul Korda, Nicky James - (obaj śpiew), Sammy Abu, Paul Holland, Allegra Matthews oraz Al Matthews - (instrumenty perkusyjne), jak również Andy Curtis - (gitara) i John Whetton - (bas)[nie ten z KC]. 


Numer 4 na płycie, utwór "More And More" - dlaczego on?
 z kilku powodów, bez wdawania się w zawiłosci kompozycyjne: 
- jeden z najbardziej skocznych, rytmicznych i unoszących utworów o rozstaniu ever
- wokal Stev'a Gould'a (jeden z naj...)
- końcówka 


Oto i on: 

http://www.youtube.com/watch?v=i50IuAKe4cI&feature=related


 I już. Pierwsze koty za płoty. Wierzę, że ów rzadki "ptaszek" godzien jest rozpoczęcia długiej, może niekończącej się przygody z zapomnianymi perełkami w bezmiernym oceanie przeciętności...


Wkrótce kolejne!